W drodze do szkoły! Drukuj

02.03.2011

 

Przecież ja dojeżdżam...

 

Dźwięk budzika z natury i funkcji, którą przyszło mu spełniać, nie jest najprzyjemniejszym dźwiękiem dla uszu ucznia. A jednak dzwoni (a to, że zadzwoni jest pewniejsze niż śmierć) wyrywając nas z słodkiego snu, w którym szkoła otwarta jest przez dwa miesiące, a przez pozostałych dziesięć delektujemy się słodkim lenistwem. Dla mnie dzień zaczyna się o 6.00, czasem o 6.10, w porywach o 6.15, jest to jednak moment krytyczny, kiedy przychodzi człowiekowi zmierzyć się z przykrą codziennością i wstać. Podczas zwykłych, porannych czynności nie nurtują mnie jednak myśli o tym, czy uda mi się uniknąć odpowiedzi z matematyki lub kartkówki z niemieckiego, ale w mojej głowie pojawia się widmo nadchodzącej, szkolnej tułaczki. Dotrę czy nie dotrę - oto jest pytanie. A więc wychodzę, samotny Odyseusz, głośno trzaskając drzwiami.
Środek zimy. Minus piętnaście stopni Celsjusza. Na zewnątrz panuje jeszcze mrok. Opatulam się ciepło szalikiem, złorzecząc w duchu na nieodśnieżone ulice. Na przystanku autobusowym zbiera się już grupa kolegów po fachu - smutnych wędrowców, w dodatku zamarzniętych jak mrożonki.
- Może nie przyjedzie- słyszę głos koleżanki.
Złudna nadzieja. Nasz autobus przyjeżdża zawsze. Czasem a i owszem, spóźnia się o pół godziny, kiedy z powodu mrozu nie może odpalić, ale w końcu nasza wytrwałość zostaje wynagrodzona. Tego dnia autobus (w slangu szkolnych pasażerów noszący wdzięczne imię „SOTRA”) spóźnia się tylko o dziesięć minut. Wchodzimy więc pełni nadziei, obrzucając nienawistnym spojrzeniem kartki informujące, że od przyszłego miesiąca bilety miesięczne drożeją o dziesięć złotych i siadamy na zimnych siedzeniach. No tak, kierowca znów zapomniał włączyć ogrzewania. Jest godzina 7.10. Ruszamy.
Codziennie w autobusie prezentuje nam się różny repertuar utworów puszczanych z radia. Poniedziałki i czwartki są dniami muzyki góralskiej (wszyscy czekają z niecierpliwością na środy, wtedy przeważnie mamy okazję słuchać „zwykłego” radia). Tak więc rozprostowujemy zmarznięte palce w rytm skrzypiec i zamykamy oczy próbując uszczknąć minuty zbawiennego snu. Nic z tego. Nasz autobus na zakrętach wydaje bliżej niezidentyfikowane dźwięki, przypominające nieco skrzyżowanie miauczącego kota i rozstrojonych skrzypiec. A że zakrętów na trasie Sromowce - Krościenko jest bardo dużo, zasypiają tylko najbardziej nieczuli i zaprawieni w bojach pasażerowie. Gdy dojeżdżamy do Czorsztyna, autobus jest już przeważnie przepełniony, jak krościeński targ w poniedziałek, więc my, jako przykładni młodzi ludzie, odstępujemy miejsca starszym. Reszta trasy mija nam w pozycji stojącej, podskakujemy więc na nierównej, polskiej drodze marząc o tym, aby w końcu dotrzeć do celu. Na zegarku 7.40. Jesteśmy na miejscu.
Następnym trudnym krokiem jest dotarcie do szkoły. Przejście przez most bez szturchania, popychania czy typowego zimą poślizgu na śliskiej nawierzchni graniczy wręcz z cudem. Ale w końcu nadchodzi zbawienny moment, kiedy przekraczamy próg liceum. Jest godzina 7.55.
Lekcje mijają szybko. Nauczyciele zazwyczaj doceniają nasz trud włożony w dotarcie do szkoły, a więc i lekkie spóźnienia traktują z przymrużeniem oka. Chwała im za to. Zajęcia kończą się o 13.20. Najbliższy autobus odjeżdża o 15.-15. Teoretycznie mamy więc dwie godziny na powtarzanie materiału, rozwijanie zainteresowań i spożytkowanie tego czasu w sposób jak najbardziej sprzyjający naszemu rozwojowi. A jakże. W praktyce jednak podpieramy kaloryfery, zazdrośnie patrząc przez okno, bo właśnie nasz kolega z Krościenka zmierza na wyciąg z nartami w dłoniach. Gdy wychodzimy ze szkoły nasz poranny koszmar zaczyna się na nowo. Tłoczymy się na Rynku, czekając aż autobus zajedzie. Potem przepychamy się jak zapaśnicy na ringu, aby tylko zdobyć upragnione wolne miejsce. Osiągając swój cel czuję się jak Kościuszko pod Racławicami. Wreszcie, z każdym kilometrem jestem bliżej domu.
Kiedy przekraczamy granicę mojej miejscowości wreszcie czuję, że moja wędrówka dobiega końca. Przypominam sobie, jak będąc w pierwszej klasie mój kolega, który dzisiaj jest już absolwentem szkoły, wyciągnął pęk biletów miesięcznych i powiedział do mnie:
„Widzisz? Jak będziesz mieć tyle biletów, to możesz spokojnie stwierdzić, że masz wszystko w nosie”.
Uważam swoją wędrówkę za zakończoną i uśmiecham się nieznacznie. W końcu każdy dzień przybliża mnie do chwili, kiedy będę mogła „mieć wszystko w nosie”.
Dominika Regiec

O tym, że temat dojazdów ma swoją długą historię, niech świadczy piosenka Skaldów dedykowana wszystkim, którzy mają daleko do szkoły.