narrow default width wide
colour style colour style colour style colour style
Podróże kształcą PDF Drukuj Email

06.02.2013

 

 

Nasz Nowy Rok w... Rzymie!

 

Tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego dostałem informację o pielgrzymce z Taize do Rzymu. Miałem ochotę na tę wycieczkę, nie tylko z względów religijnych, ale także ze względów turystycznych. Pieniądze szybko się znalazły. Później nie pozostawało nic jak tylko spakować się i czekać na 28 grudnia godzinę 7.00. Bo właśnie tego dnia i o tej godzinie odbył się nasz odjazd ze Szczawnicy. Tuż przed nim udaliśmy nie wraz z księdzem na Mszę w intencji szczęśliwej podróży. A później…… Witaj RZYMIE !     Droga do Rzymu była niewygodna (przynajmniej dla mnie) - 27 godzin w autobusie, no oczywiście z przystankami. Ten długi czas umilałem sobie rozmowami, słuchaniem muzyki oraz książką. Nie bardzo umiałem spać w autobusie, ale jednak zasnąłem. Wstałem słysząc rozmowy: „to tu”, „jesteśmy” i faktycznie…. Dojechaliśmy.

DZIEŃ 1.

W Wiecznym Mieście autokar zatrzymał się około godziny 7:00 rano. Z niego zostaliśmy skierowani do metra, którym dojechaliśmy na jedną z części uniwersytetu La Sapienza. Gdy się tam znaleźliśmy stanęliśmy w kolejce, która wydawała sie nie mieć końca. Około 3 godzin czekaliśmy w kolejce do polskiego oddziału znajdującego się na tym uniwersytecie. Kiedy dotarliśmy do wydziału, w którym znajdowali się Polacy, zostaliśmy podzieleni na grupy. Około godziny 12.00 znaleźliśmy się w zatłoczonym rzymskim metrze. No ba, że zatłoczonym - wszystkich z Taize było 40.000 ludzi w tym połowa to….. Polacy!     Po dość długim spotkaniu organizacyjnym wyruszyliśmy w grupach do różnych parafii. Stamtąd w dwu i czteroosobowych grupkach zabierały nas nasze rodziny. Ja razem z trzema kolegami trafiłem do rodziny państwa Fontanna, w dzielnicy Laurentina. Byliśmy bardzo zdziwieni, ponieważ ich dom z zewnątrz wyglądał jak nasze polskie bloki (bo mieszkaliśmy w blokowisku), ale wewnątrz to dopiero było zaskoczenie. Na klatce schodowej była niewielka winda, każde z mieszkań miało własny przedsionek a mieszkanie było ogromne. W skład rodziny naszych gospodarzy wchodzili : pan i pani F. oraz trójka ich dzieci. Po przywitaniu, porządnym prysznicu, udaliśmy się na 19.30 do Bazyliki św. Jana na Lateranie. Idąc do bazyliki ciężko było nie zauważyć obcokrajowców idących w tym samym kierunku co my. Gdy dotarliśmy już do bazyliki byłem zdziwiony, tak samo jak reszta mojej grupy. Była ogromna, na jej szczycie znajdowały się posągi 12 apostołów. Na samym środku znajdował się posąg Jezusa. Bazylika ta mogłaby pomieścić kilka boisk piłkarskich, ale i tak nie dorównała Bazylice Św. Piotra. Około godziny 22.00 wróciliśmy do domu, gdzie po kolacji poszliśmy spać. Spaliśmy w jednym pokoju w czwórkę, ale daliśmy radę (materace były bardzo wygodne).

DZIEŃ 2.

Rankiem po przepysznym śniadaniu i filiżance włoskiego cappuccino, udaliśmy się do naszego kościoła parafialnego na mszę o godz. 8.30. Później zaczęliśmy całą grupą upragnione zwiedzanie Rzymu (z naszym księdzem zobaczyliśmy tak wiele, ale nic wam nie wymienię, bo…… zajęłoby to wiele miejsca i większości nazw nie pamiętam). Niestety, nie byliśmy w Koloseum i na Forum Romanum, widzieliśmy te zabytki jedynie od zewnątrz. Mijając stoiska z pamiątkami byliśmy wielokrotnie zaczepiani przez miejscowych sklepikarzy. Chcieli nam sprzedać wiele pamiątek po bardzo wysokiej cenie, lecz gdy się dowiedzieli, że jesteśmy z Polski ceny spuszczali nawet o 60%. Większą część dnia spędziliśmy chodząc uliczkami Rzymu i szukając katedr oraz bazylik. Ciężko było je znaleźć, gdyż słabo orientowaliśmy się w terenie. Uliczki były bardzo do siebie podobne. Wszystkie śmierdziały, były brudne i prawie w każdej stała jedna i ta sama restauracja lub Murzyn sprzedający torebki. Najgorszym problemem byli kieszonkowcy, którzy byli wszędzie. Musieliśmy uważać na swoje pieniądze. Błądząc po zakamarkach Rzymu mieliśmy szanse zobaczyć Panteon. Niestety, do środka nie dało się wejść z powodu tłumów ludzi. Zrobiliśmy tylko przerwę na naszą obiadokolacje wydawaną w Circo Massimo. Żeby tam się dostać znów musieliśmy udać się do metra. Złapaliśmy pierwszy lepszy autobus i zaczęliśmy poważnie obawiać się o nasze bezpieczeństwo, ponieważ żaden z kierowców nie zwracał uwagi na sygnalizacje świetlną, wszyscy też jechali powyżej 100 km/h nawet autobus, do którego wsiedliśmy. Gdy dojechaliśmy do stacji metra, byliśmy szczęśliwi, że jazdę samochodami na cały dzień mamy z głowy. Metro nie było może najczystszym miejscem, ale za to dosyć bezpiecznym. Nie było tam wielu ludzi, dlatego można było poczuć się bezpiecznie. Trzeba było jedynie uważać na kieszonkowców. Ogólnie rzecz biorąc, metro było najlepszym sposobem poruszania się po Rzymie, pomimo kilku niedogodności, a cała komunikacja miejska była całkiem dobra.

Po prawie godzinie czekania, i okazaniu odpowiedniej kartki (tak, jak za komuny), otrzymaliśmy nasz prowiant. Miał on nam wystarczyć za obiad i kolację (przy czym moja grupka i tak wszystko zjadała, chociaż zawsze w domu czekała na nas kolacja). Nie narzekam, prowiant był bardzo smaczny. A składał się zawsze z: dania na gorąco( tu: lazania ), dwóch bułek, butelki wody, jabłka, jogurtu, serka, masła, szynki w plastrach, herbatników, dwóch batonów oraz małych chrupek, tabliczki czekolady . Dodatkowo dostawaliśmy mokre chusteczki do wytarcia rąk. Około godziny 17.40 dostaliśmy się na Plac Św. Piotra. Wszyscy zgromadzeni byli podekscytowani na myśl o spotkaniu z papieżem. Spotkanie rozpoczęło się wczesnym wieczorem i miało trwać godzinę. Trwało trochę dłużej a zimne powietrze oraz kamienne płyty, na których siedzieliśmy bardzo nam dokuczały. Po spotkaniu udaliśmy się do domu. Zostaliśmy na kolację poczęstowani spaghetti carbonarą i poszliśmy spać.

DZIEŃ 3.

Wczesnym rankiem udaliśmy się do naszego kościoła parafialnego na poranne nabożeństwo. Następnie ok. godziny 12 pojechaliśmy do Circo Massimo po obiad. W cyrku jednak czekało nas miłe zaskoczenie, gdyż zamiast odgrzewanego obiadu nasz opiekun zabrał nas do Watykanu, abyśmy razem z papieżem odmówili Anioł Pański, a potem poszli na pizzę. Na pizzy byliśmy w polskiej restauracji. Po tym wyśmienitym obiedzie znów poszliśmy do Watykanu, aby odwiedzić grób naszego papieża, Jana Pawła II. W kolejce do Bazyliki Św. Piotra czekaliśmy godzinę. Wtedy też poznaliśmy wielu rodaków. Bazylika w środku była niesamowita. W centralnej części znajdował się bardzo bogato zdobiony ołtarz. W jednej z bocznych kaplic w marmurowym grobie spoczywał Jan Paweł II. Później wraz z moim najlepszym kolegą udałem się do grot watykańskich. Znajdowały się tam prochy świętego Piotra w urnie z brązu. Można też było podziwiać groby pierwszych papieży, którzy tam spoczywali. Katakumby ciągnęły się pod całą bazyliką. Po zwiedzeniu bazyliki i modlitwie przy grobie Jana Pawła II. udaliśmy się do centrum Rzymu. Byliśmy w jednej z katedr, w której podziwialiśmy malowidło na suficie tworzące złudzenie optyczne.

Później udaliśmy się na kolejną modlitwę wieczorną, która była w Bazylice di Santa Maria degli Angeli e dei Martiri. Po modlitwie udaliśmy się na pizzę wraz z naszymi opiekunami (zostaliśmy na nią zaproszeni poprzedniego wieczora). Jadąc z nimi podskoczyła nam do góry adrenalina, gdyż kierowca jechał 150 km/h w uliczce, która miała niecałe 2 metry szerokości. Kolację jedliśmy w restauracji na obrzeżach Rzymu. Następnie, jak zwykle, poszliśmy do naszych domów na kolację i wymarzony sen.

DZIEŃ 4/5   Sylwester

Jak zwykle po śniadaniu udaliśmy się na poranną mszę. Później znów zwiedzanie Rzymu z przerwą na obiad i modlitwą w Bazylice di Santa Maria sopra Minerva. Po posiłku udaliśmy się do ogrodu pomarańczowego i zwiedziliśmy jeden z wielu rzymskich klasztorów. Zakończyliśmy dzień mszą świętą o godzinie 19.30 w Bazylice di Santa Maria Maggiore.     Następnie wróciliśmy do naszych parafii, by o godzinie 23.00 udać się na mszę i powitanie Nowego Roku 2013. Sylwestra zaczęliśmy modlitwą za wszystkie zgromadzone w Rzymie narody. Później wszystkie narody na swój własny specyficzny sposób zaczęły świętować Nowy Rok. Po poczęstunku rozpoczęło się święto narodów. Na początku występowali Portugalczycy. A po nich Węgrzy, Szwajcarzy i Iworejczycy. Dokładnie to występował jeden Iworyjczyk, który śpiewał tradycyjną afrykańską pieśń. Po nim byli Polacy, którzy śpiewali ,,Szła dzieweczka" i tańczyli osiołeczka. Wszyscy mieli wspaniałe występy, lecz najlepiej, moim zdaniem, wypadli Białorusini. Impreza zakończyła się o 3.00 nad ranem i wróciliśmy do naszej rodziny. Poszliśmy spać o godzinie 5.30.

DZIEŃ 5. NOWY ROK!

Po śniadaniu udaliśmy się na mszę noworoczną na godzinę 12.00. Po powrocie spędziliśmy cały dzień z goszczącą nas rodziną. Wspólnie graliśmy w różne gry, rozmawialiśmy i poznawaliśmy ich bliżej. Punktem kulminacyjnym dnia był świąteczny noworoczny włoski obiad. Taki obiad u nich spożywa się tylko w Nowy Rok. Nasz obiad był przepyszny. Przystawką była włoska sałatka warzywna z dodatkiem łososia. Pierwsze danie to zupa przypominająca nasz polski rosół z ravioli (to małe pierożki z nadzieniem). Drugie danie składało się ze sztuki mięsa wieprzowego z kaszą gryczaną i sałatką . Do picia podano nam białe wino, ale – niestety - odmówiliśmy (chociaż teraz tego żałujemy ). Podczas tego dnia wzmocniły się relacje z naszą włoską rodziną poprzez oglądanie fotografii, gry i naukę języka. W ciągu tego dnia doszedłem do wniosku, że moją włoską rodzinę można określić słowami: niesamowicie mili i przyjaźni.

Podczas integracji z rodziną zauważyłem ich wielką chęć do poznania obcokrajowców i ich kultury. Z naszej strony wynikło to samo. Nasz odbiór rodziny był jasny i przejrzysty, polubiliśmy ich i chcieliśmy zostać u nich jeszcze parę dni. Wieczorem pojechaliśmy na ostatnie spotkanie z całą grupą Taize do bazyliki św. Pawła za Murami. Sama bazylika była wyjątkowa, może dzięki temu, że na jej ścianach widniały portrety wszystkich papieży. Późnym wieczorem wróciliśmy do naszego włoskiego domu, aby spakować się i odpocząć przed jutrzejszą podróżą.

DZIEŃ 6 - Dzień pożegnania i ,niestety, wyjazdu

Po śniadaniu i porannej mszy świętej pożegnaliśmy się z goszczącą nas rodziną. Było nam bardzo smutno, że musimy wyjeżdżać . O godzinie 12.00 udaliśmy się do autokaru i odjeżdżając ostatni raz spoglądaliśmy na znikający Rzym. Następnego dnia o godzinie 13.00 byliśmy już w naszych domach. Bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi.

Podsumowując: „to co ma początek, ma też swój koniec’’. Spotkanie w Rzymie dobiegło końca a wielu z nas do dziś mówi: ,,zostałbym jeszcze na dwa tygodnie’’, ,,chciałbym tam wrócić’’. I jeszcze coś: jedno pytanie skierowane do każdego z nas przez nasze sumienie: „czy warto było jechać ?’’ Moja odpowiedź jest jednoznaczna: ,,na pewno tak’’. Poznałem wiele ciekawych miejsc i obyczajów, wielu barwnych ludzi. Zobaczyłem Ojca Świętego i Wieczne Miasto. I w końcu doszedłem do wniosku, że takie wyjazdy są jedyne w swoim rodzaju. Pouczające, motywujące do poznania świata, nowych ludzi, nauki języka i uczące samodzielności. Za rok będzie spotkanie z wspólnotą Taize, tym razem w Strasburgu i chyba tam pojadę…

Bartek Gabryś, Artur Majerczak

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież