narrow default width wide
colour style colour style colour style colour style
Zobacz więcej! Felieton filmowy PDF Drukuj Email

07.04.2011

 

Bądź, jak wysuszona gąbka, czyli czym się nie kierować,

wybierając film

 

 

Nowa odsłowna Dark zioma, czyli Mateusz Lyska zaprasza na cykl felietonów filmowych, pod roboczym tytułem: Zobacz więcej! Idea naszego przedsięwzięcia jest prosta. Chodzi o poszerzenie pola widzenia tego, co dociera do Was z ekranów kin, telewizorów czy (coraz częściej) monitorów komputera. Dzięki poznaniu specyfiki języka X Muzy (kina) staniecie się bardziej wrażliwymi odbiorcami oglądanych obrazów, Wasze ich rozumienie się pogłębi a oceny staną się dojrzalsze... Zapraszamy!

Redakcja

 

Tu możecie szukać sekretu, ale oczywiście go nie znajdziecie, ponieważ, oczywiście, nie patrzycie jak należy. Tak naprawdę, nie chcecie go znać. Chcecie być oszukanymi.

Cutter, „Prestiż”

Sądzę, że powyższy cytat najlepiej odzwierciedla myśl przewodnią tego cyklu felietonów. W oglądaniu filmów nie chodzi jedynie o to, żeby przeżyć przygodę, żeby doświadczyć nowych wrażeń. Masa zabawy występuje po ich obejrzeniu. Dzielenie się wrażeniami, dyskutowanie ze znajomymi, a nawet recenzowanie. No tak, ale jak tu je ocenić? Na co zwrócić uwagę? Czy wiesz, jak patrzeć? A może chcesz być oszukiwanym?

Jaki pasożyt jest najbardziej odporny? Bakteria? Wirus? Glista ludzka? Idea. Odporna i wysoce zaraźliwa.

Dom Cobb, „Incepcja”

Podczas oceny filmu pierwsze co się liczy to nastawienie. Nie, nie macie kłopotów ze wzrokiem. Nie zamierzam teraz pisać, na co zwrócić uwagę podczas oglądania. Najważniejsze jest nastawienie. Ostatnio rozdano Oscary, prawda? Zapewne każdy z was o nich słyszał, trąbiły o tym wszystkie media. Wygrał film "Jak zostać królem" (nawiasem mówiąc, całkiem przyjemna produkcja). Co ciekawe, po zdobyciu nagrody, przychody tego filmu podskoczyły, do kin ruszyła kolejna fala widzów. I teraz rodzi się pytanie. Czy gdyby nie otrzymał najważniejszego Oscara, to ci ludzie poszliby na ten film? Kolejną sprawą jest nastawienie tej publiczności. Oni już wiedzą, że zobaczą film uznany przez Amerykańską Akademię Filmową za wybitny. Pomińmy kwestię trafności wyboru przez Akademię. Liczy się efekt psychologiczny. A producenci tylko zacierają ręce. Lepszej reklamy przecież być nie może, a Oscar, oprócz dodatkowej kasy, zapewnia również prestiż wśród mas. Wracając do nastawionych optymistycznie widzów. Jak bardzo ich ocena tego filmu może być obiektywna? Oczywiście, nie ma recenzji obiektywnych, ale są mniej lub bardziej subiektywne. Prawdopodobnie większość z nich będzie rozentuzjazmowana po projekcji, a ci niepewni swojego osądu zdadzą się na magiczną siłę złotej statuetki, bo przecież: „jeśli dostał Oscara, to musi być świetny, w y p a d a być zachwyconym”.

A teraz, jak ty byś zareagował? Może się nam wydawać, że oprzemy się marketingowej machinie. Bo przecież Oscar, to tylko wierzchołek góry lodowej całej akcji reklamowej, która ma za zadanie nam wmówić, że dany film jest świetny. A im większa nasza autosugestia, tym większa szansa na przewidzenie, nawet przed projekcją, czy dany film nam się spodoba, czy nie. W zeszłym roku tryumfatorem był „The Hurt Locker" (W pułapce wojny). Po jego obejrzeniu, byłem zachwycony. Oscarowy film o wojnie, czy on może nie być świetnym filmem? Jak widać, może, ale dopiero po jakimś czasie trzeźwo na niego spojrzałem. Wcześniej w głowie szumiał mi obraz złotego rycerza. Powiem szczerze, że Oscary mocno straciły na wartości, a tak zwane „wpadki oscarowe”, polegające na przyznawaniu nagrody filmom niekoniecznie na nie zasługującym, to częsty przypadek (a szerzej o tym zagadnieniu kiedy indziej, zniecierpliwionych odsyłam do Google). Dlatego, kiedy zamierzasz obejrzeć jakiś film, to lepiej nie przeglądaj jego zbioru nagród i wyróżnień. Te osiągnięcia lepiej skonfrontować ze swoimi wrażeniami po pokazie. To dopiero zabawa, kiedy sami ustalamy sobie, jaki film jest, według nas, najlepszy, który miał najlepszego aktora i tak dalej. Przecież Akademia Filmowa to nie wyrocznia!

Znów powracam do wątku Oscarów, a przecież to nie tylko o nich miało dziś być. Miało być o autosugestii. Jednakże właśnie ta nagroda najlepiej odwzorowuje naszą podatność na „ideę” i jest świetnym odniesieniem do wszystkich akcji reklamowych. Liczy się nastawienie. A najlepiej być neutralnym. Jak wysuszona gąbka. Niech to film cię napełni swoją zawartością, emocjami jakie u ciebie wywoła, a nie kolejne zachwalające pod niebiosa reklamy i coraz mniej prestiżowe Oscary. Wtedy można już przejść do wyboru i oceniania filmu. Ale o tym już opowiem w kolejnym odcinku.

Mateusz „Dark ziom” Lyska

 

Jak oceniać grę aktorów?

 

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem film z Clintem Eastwoodem, o ile się nie mylę było to Na linii ognia, byłem mały i zachwycony postacią wykreowaną przez niego. Twardziel, outsider, który za nic ma obowiązujące normy i wyznaje zasadę racji stanu. Jakiś czas później zobaczyłem z nim kolejny film. Był to jeden z cyklu o Brudnym Harrym. Rola twardziela, outsidera, oraz człowieka, który za nic ma obowiązujące prawo, bo „wie lepiej” bardzo mi się spodobała, choć coś zaczęło mnie niepokoić. Idąc dalej, była Prawdziwa zbrodnia oraz Władza absolutna. Chyba nie muszę mówić, jak grał tam Eastwood. Jego aktorstwo mnie zmęczyło i straciłem do niego poszanowanie. Ciągłe wcielanie się w twardziela po przejściach jest trochę monotonne. Nadszedł XXI wiek, a wraz z nim.... Nie, gra aktorska Clinta się nie zmieniła, co udowodnił w rewelacyjnych Za wszelką cenę i Gran Torino. Za to ja dostrzegłem i uzmysłowiłem sobie pewną niezwykle ważną rzecz. Eastwood jest aktorem ponadczasowym. Oczywiście można narzekać, że bez przerwy gra tak samo. Ale, co ciekawe, jego styl, mimo że z lekka oklepany, jest paradoksalnie na tyle oryginalny, że zapada w pamięć i nie sposób go z nikim innym pomylić.

 

„Nikomu nie pokazuj. Będą błagać cię i schlebiać ci, aby poznać sekret, ale jak tylko im go przekażesz, będziesz dla nich nikim. Rozumiesz? Nikim. Sekret nie robi na nikim wrażenia. Trik, w którym go używasz jest wszystkim” - Alfred Borden; Prestiż


O co chodziło mi w tym przydługim wstępie? W dzisiejszym felietonie postanowiłem podjąć się odpowiedzi na pytanie: na czym polega dobra gra aktorska?. Jak ją oceniam i dlaczego gra Megan Fox jest fatalna?

Kiedy oglądam film, nie chodzi mi o to żeby aktor modulował głos, popisywał się mimiką, ani żeby posiadał perfekcyjną dykcję. Jeżeli ktokolwiek pomyślał, że tak jest, to właśnie Was zaskoczyłem. Cechy, umiejętności, które wymieniłem są oczywiście ważne, lecz to są tylko pewne czynniki które nie decydują o kunszcie aktora. Więc kiedy oglądam film i widzę grającego artystę, to czego od niego oczekuję? Doskonałej iluzji. Tak, naprawdę mam nadzieję, że będzie mnie wodził za nos przez cały seans oraz uprawdopodobniał graną przez siebie postać. O co mi chodzi?

Najważniejsza jest wiarygodność. Zadaniem aktora jest doprowadzić do tego, by jego kreacja była jak najbardziej wiarygodna, a gra naturalna, tak, by nie było widać, że jest coś udawane. Ażeby naprawdę dobrze udawać kogoś innego, trzeba trochę, w pewnym sensie, pokłamać. Dlatego też tak bardzo krytycy lubi się wyżywać na osobach występujących w telenowelach. (Najprawdopodobniej są zbyt prawi.) Kamienna twarz lub też umiejętność wyrażania jedynie skrajnych emocji (płacz, gniew, itd.), tzw. czytanie z kartki (czyli wypowiedź bez żadnej modulacji głosu, emocji, nawet w sytuacjach, w których ich wyrażenie przydałoby się). Między innymi za taką grę aktor może dostać metkę „słabego”.

Wszystko wydaje się być bardzo łatwe, lecz to nie koniec. Nie oczekujmy po wybitnym aktorze, że zagra dosłownie każdą postać. Każdy ma swój styl i kiedy zamierzamy obejrzeć cały dorobek filmowy artysty, musimy liczyć się z tym, że dostrzeżemy, sztuczki i chwyty, jakie stosuje w swojej grze. W tym momencie niektórzy mogą pomyśleć, że zaistniało błędne koło. Przecież każdy ma swój styl, więc jest w pewnym sensie powtarzalny, więc wszędzie gra tak samo, więc... Nie, „styl” nie oznacza ciągle identycznego aktorstwa. Jest to zespół pewnych, wspomnianych wcześniej chwytów. Podobna mimika, sposób mówienia, zachowanie w skrajnych sytuacjach. Podobnie wyrażane, ale nigdy tak samo. Każda z jego postaci ma coś oryginalnego, jakiś „pierwiastek wyróżniający”. To właśnie jest dobry aktor.

Do tego wspomniana wiarygodność, czyli ogólna kreacja. Gdy na ekranie nie widzę aktora, tylko postać przez niego graną, to jestem pozytywnie "oszukany" i dlatego dana rola jest świetna. Wtedy aktor, za pomocą swoich umiejętności, stwarza nową osobę, istniejącą tylko na ekranie. Dzieje się tak wtedy, gdy będzie on właściwie dobierał swoje „chwyty” i w odpowiednich proporcjach. Teatralne aktorstwo, pełne ekspresji się tu nie sprawdza. W takim wypadku możemy być świadkami wręcz komicznej gry.

I takim jest na przykład Leonardo DiCaprio. Pewnie niektórzy z Was kojarzą go tylko jako przystojniaka z Titanica. Błąd i to duży. DiCaprio od dawna pracuje nad zmianą wizerunku, a ostatnie lata są najprawdopodobniej przełomowe. Jego aktorstwo jest świetne, a każda nowa kreacja wpisuje się w podany w tym akapicie wzór. Archer z Krwawego Diamentu, Cobb z Incepcji, Billy z Infiltracji. Same trudne role, a w każdej spisał się wyśmienicie.

Tak się składa, że nie każdy jest DiCaprio. Nie każdy aktor jest taki sam. Dla przykładu – Robert Downey Jr. Możecie go kojarzyć z dwóch części Iron Mana, Sherlocka Holmesa oraz Kiss Kiss Bang Bang. Oczywiście to tylko drobna część jego dorobku. Kiedy obejrzałem te filmy, zauważyłem, że w prawie każdym gra bardzo podobnie. Czy to źle? Co najlepsze - nie. Za to Downey Jr. pokazuje, jak bardzo ważny jest dobór roli. Mimo że postać Holmesa i Tony'ego Starka (z Iron Man) wydają się być mocno różne, to Downey Jr. błyszczy w obu filmach. Mierz siły na zamiary – chciałoby się powiedzieć, bo jest to niezwykle trafne określenie jego aktorstwa.

Bardzo ważne jest wczucie się aktora w postać. Heath Ledger, dla przykładu, przygotowując się do roli Jokera w Mrocznym rycerzu zamknął się na kilka dni w swoim apartamencie z komiksem The Killing Joke (pol. Zabójczy żart – polecam(!), rewelacyjny). Analizował tam sposób zachowania Jokera i ćwiczył przed lustrem. Co z tego wyszło? Wybitna kreacja, za którą dostał pośmiertnie Oscara. Niestety, ta rola go przerosła i odebrał sobie życie jeszcze przed premierą filmu.

A teraz pytanie z początku felietonu. Dlaczego Megan Fox to słaba aktorka? Wielu z Was zna ją z roli w dwóch częściach widowiskowych Transformersów. Tam pokazała, że posiada wszelkie cechy złego aktora, których kilka wymieniłem wcześniej. Dlaczego więc producenci postanowili ją zatrudnić? Atrakcyjny wygląd przykuwa wzrok. A atrakcyjna dziewczyna w filmie akcji? To już niemal standard. Największą grupą docelową takich filmów są mężczyźni, więc obecność Fox w filmach nie powinna dziwić. I praktycznie to był jedyny argument, dla którego zagrała w tym filmie. Jej zadaniem było ładnie wyglądać, co trzeba przyznać, się jej udało. Ale na tym ciężko zbudować karierę o mocnych fundamentach. Megan nie zobaczymy już w trzeciej części Transformers – pokłóciła się z reżyserem. Na jej miejsce bardzo szybko znaleziono nową osobę, która jest modelką … Będzie to jej aktorski debiut i ja już mam złe przeczucia.

Warto jeszcze wyjaśnić sprawę Eastwooda. Jak wspomniałem na samym początku, gra on tak samo, jego twarz nie wyraża zbyt wielu emocji, podobnie głos. Zresztą, wydawałoby się, po co ma się starać, skoro ciągle gra twardzieli. Zwróćcie uwagę na to, co napisałem później. Dobrego aktora definiuje co innego. Najogólniej powiem, że Clint może sobie pozwolić na wybieranie ról, więc wybiera role twardzieli. Jednak nikt nie robi tego lepiej. Spotkałem się z twierdzeniem, że Clint na ekranie „po prostu jest, lecz mało kto potrafi tak po prostu być” i to prawda.

Podsumowując (świetne słowo dla ładnego zakończenia), muszę przyznać, że sporo dygresji znalazło się w tym felietonie. No, ale cóż, taki przywilej piszącego, bo bez pobocznych wątków byłoby przeraźliwie nudno. Ale jakby tu zakończyć, żeby było ciekawie, a jednocześnie zawrzeć w pigułce całe zagadnienie oceniania gry aktorskiej? Ekstremalny przykład nigdy nie jest zły! Gdy jest ważna scena, wzruszająca muzyka, postacie drugoplanowe płaczą, główny bohater wypowiada smutne słowa, a aktor go grający robi to z uśmiechem na ustach, chichocząc przy tym, to albo mamy do czynienia z brakiem taktu u reżysera, albo, co najbardziej prawdopodobne, z aktorstwem tak fatalnym, że istniejącym jedynie w hipotetycznym przykładzie takim jak ten. I tym mocnym akcentem kończę dzisiejszy felieton.

Mateusz „Dark ziom” Lyska

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież