narrow default width wide
colour style colour style colour style colour style
Teraz już tego nie ma PDF Drukuj Email

 

 

Gdzie diabeł nie posieje, tam Kacwin zejdzie

 

Gdzie diabeł nie posieje, tam Kacwin zejdzie
Tak żartobliwie mówi o sobie pan Jan Kacwin. Przytakuje temu łagodna, pełna ciepła, pani Kazimiera - jego żona. Przytakują córki: Ola i Marysia, które na krótko zjechały wraz z dziećmi do rodzinnego domu.
Ich dom przyciąga, ale jest to zasługa jego mieszkańców, na swój sposób „zwyczajnych – niezwyczajnych” – pana Jana i pani Kazimiery. W 1996 roku obchodzili 50-lecie swojego małżeństwa, wychowali i wykształcili sześcioro dzieci. Nie było to bynajmniej łatwe.
- Ja się musiał tyz obracać, żeby jaki taki gros do kupki stulić i żeby było dzieciom na ksiunzki, cy na coś.
Dali dzieciom nie tylko wykształcenie, ale przede wszystkim miłość. Nie używali wielkich słów. To „tylko” miłość żarzy się jak święty znicz w tym domu i przyzywa.
- Lubię przychodzić do dziadków – zwierza się wnuczka Agnieszka - lubię słuchać rodzinnych opowieści np. o tym, jak wyglądała pierwsza kąpiel mojego dziadka. Podobno jego matka, a moja prababcia, włożyła do wanienki młotek, igłę z nitką i coś tam jeszcze… No i proszę, poskutkowało. Dziadek jest naprawdę „złotą rączką”.
- Dzieci się dość słuchały – mówi pan Jan. Teraz przyjeżdżają często.
- Jakże – włącza się Marysia –pamiętam to gorączkowe pakowanie się po pracy, po dyżurach, byle tylko jechać, chociaż na dzień, czy pół dnia.
- A święta? - mówi Ola. Chyba nigdzie na świecie takich nie ma, takiego kolędowania na głosy. Samo tak jakoś wychodziło, bo przecież wszyscy odziedziczyliśmy głos i słuch po rodzicach. Melodie starych kolęd niosły się w zaśnieżony świat na całej ulicy Zdrojowej, gdzie mieszkały rodziny wielodzietne, gdzie tętniło życie – teraz już tego nie ma. Mama piekła wyśmienite ciasta drożdżowe i ten miły zapach witał nas już od progu – zdawało się, że to dom obejmuje nas i przytula.
- A sypanie kwiatków na Boże Ciało? A i przez następnych kilka dni? Mama dosyć się natrudziła, żeby cztery dziewuszki w góralskich wyświeżonych jak spod igły strojach, z mirtowymi, jeszcze mokrymi wiankami na głowach mogły dumnie wędrować do kościoła.
- Samo splecenie codziennie ośmiu warkoczy to tez nie lada sprawa i praca – dodaje Ola.
Duszą tego domu jest matka. Szyła po nocach, bo w dzień nie było czasu, gazdowała, borykała się z „wycielonkami”, tym bardziej, że pana Jana często gęsto nie było w domu.
- Hej, trzeba powiedzieć tyle, że jakby tak żona była inna, to nie byłoby co w chałupie robić. Oj, dobra i mądra! Wdzięczny jej jestem, że na telo zbytków mi zezwalała.
Owe „zbytki” to największa życiowa pasja pana Jana, czyli granie i tańcowanie - od wczesnej młodości do teraz. Wieczorem też idzie grać z kapelą i pewnie znowu zaśpiewa swoją (napisał do niej słowa) krościeńską polkę.

"Ja se Polok i tyś Polka, oboje my Polusie

Kiebyś była dobra Polka dalabyś mi gembusie.

Łociec krzycy, matka krzycy, że my mało złorali.

Kaśka przysla i przycisła, az my płózek urwali".

- Człowiek stary jak dziad i jeszcze go ciągnie – stwierdza z uśmiechem.
Pan Jan ma już 79 lat i mnóstwo przeżyć. Ze wzruszeniem wspomina wydarzenia i ludzi. Ot np. pana Machay’a – kierownika Szkoły Podstawowej w Krościenku, który „zalubiony” w góralszczyźnie przygotowywał młody „narybek” dla zespołu, czy też Wojtka Łukaszczyka, który pokazał mu chwyty na basach, trzystrunowym instrumencie, co to rytmicznie „przytakuje” pozostałym – zgodnie z melodią, oczywiście. Z podziwem mówi o Jaśku Knutelskim z Kątów, któremu Rada Gminy ulicę przyznała i słusznie, bo rozsławił folklor pieniński , zdobywając nagrody w indywidualnych konkursach w Nowym Targu, Zakopanem, Krakowie i Rzeszowie.
- Takiego muzykanta jak Jasiek to długo w Pieninach nie będzie. Co usłyszał to już grał, już chwycił.
Z wielkim uznaniem mówi o 85-letnim Stanisławie Mikołajczyku - wieloletnim dyrygencie orkiestry dętej, kierowniku chóru i zespołu regionalnego.
- To był silny działacz społeczny, on tam nic z tego nie miał, ale go to wszystko cieszyło. Tak jak i mnie – od początku.
Dla pana Jana wszystko zaczęło się przed wojną, jak w jego piosence o flisakach:

"Mama mnie ucyła śpiwać i tańcować

A tata mnie ucył kochać i całować”.

To ojciec właśnie, w 1934 roku, zaprowadził go i brata do p. Mariana Zacharskiego, który w 1923 roku założył w Krościenku „bandę”, czyli orkiestrę dętą i był jej kapelmistrzem. Mimo postępującej głuchoty, uczył znakomicie. Pan Jan poznawał u niego tajniki gry na klarnecie a w 1936-7 roku już z powodzeniem grał w orkiestrze i nie tylko. Próbował swoich aktorskich sił w „Zemście Cygana”, „Lekarzu mimo woli”, „Życiu Stanisława Kostki”. Jak wyznaje, cieszyło go to.
- Gdzieś od 1947 roku była już kapela i zespół regionalny pieniński. Graliśmy „Janosika” i „Wesele góralskie”. W 1953 roku nastąpiło połączenie kilku grup z Pienin, Podhala, Orawy i Spisza. I tak po-wstało „Podhale”. Gdzie nas nie było: Włochy, Francja, Hiszpania kraje Beneluxu, Grecja, Związek Radziecki, Węgry, Rumunia, Szwecja, Dania – trudno zliczyć. Byliśmy w zamku Hamleta, sławnym Elsynorze. Szwedzi przewieźli nas promem do Danii. Byliśmy, pienińscy górale, u Ojca Świętego w Castel Gandolfo. Gralimy Mu i śpiewali:

"Nie kazdemu cłeku moze sie to zdarzyć

Zeby z łojcem Swientym mógł sobie pogwarzyć".

Tę powitalną pieśń, na melodię „Pieniny, Pieniny”, ułożył pan Kacwin – samorodny talent również w dziedzinie poezji regionalnej. Autor m.in. uroczego wiersza o Krościenku, Dunajcu i „Kingusie”. Układał słowa do ludowych śtajerków, ucząc członków zespołu starodawnych pieśni, typowych dla naszego regionu. Pragnie „ocalić od zapomnienia” to, co zebrał i to co sam napisał. Przy pomocy pana Ferki, byłego kapelmistrza orkiestry strażackiej, przygotował zbiorek pieśni pienińskich, który, miejmy nadzieję, ujrzy światło dzienne i stanie się dobrem wspólnym.
Do Pienin, do Krościenka ma stosunek bardzo emocjonalny, osobisty. Można jeździć wszędzie, ale trzeba wiedzieć, gdzie się ma korzenie. Był kiedyś z zespołem nad morzem.
- Nic, tylko równia i równia, woda i woda – nie tak jak w domu: gdzie spojrzysz – wszędzie cudnie. Tutaj dogaśnie moja świeczka – mówi.
Z Dunajcem skamracił się od dzieciństwa. Ojciec był strażnikiem wodnym, odziedziczył to po nim. Przez 45 lat pracował w Państwowym Zarządzie Wodnym. W dalszym ciągu pilnuje dobrego „druha” – Dunajca, dokonując pomiarów poziomu wody. Prowadzi też obserwacje klatki meteorologicznej na Górkach.
Wiele lat flisakował, a jakże!
- Trza było dorobić, bo to gazdowanie to ino harówa. Żeby było w jednym kawałku, ale gdzie tam. Człowiek latał jak pies z przebitą nogą – na Stodółki, na Toporzyskowo, pod Siodełko, na Gródek i tak wkoło… Jak zaczęło huczeć, grzmieć, no to się biegało z językiem na brodzie a i tak przyszło, zalało i trza było zaczynać od nowa. Takie to i było w górach nasze gospodarowanie. Dzieci pomagały a najczęściej męczyła się żona, bo ja to, wie pani… Najwięcej dokuczały te próby.
- Tato to lubi, tato przy tym odpoczywa – broni ojca Marysia.
- No tak, śpiewanie i granie to całe moje życie – konkluduje pan Jan.
Nie tylko, nasz bohater działał również w Straży Pożarnej, w Związku Flisaków oraz Radzie Nadzorczej Banku Spółdzielczego. Zaiste, był wszędzie!
- Taki jakiś społecznik byłem zawzięty, a przecie nic z tego nie miałem. Tam od czasu do czasu kapli jakąś nagrodę, a tak to się robiło, bo trza było, bo to radowało – tak jaki i innych.
Teraz wszystko się wykrusza, zmienia, nie widać następców. Ludzie zrobili się sobkowie. Kupa pazerności i tyle. Człek nie kontentuje się tym, co ma. Syćkiego chce się nachapać, a tu przyjdzie cas, ze może się udławić. Uwazum ze nie ten bogoc, co mo, ino ten, co daje – dobitnie podsumowuje swoją wypowiedź pan Jan Kacwin.

 

 

Autoryzowany wywiad z panem Janem Kacwinem z ulicy Zdrojowej przeprowadziła w 1997 roku emerytowana nauczycielka języka polskiego w krościeńskim liceum, pani Jadwiga Grabowska. Dziękujemy za udostępnienie tekstu.

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież